| Bliźniacza Procedura, czyli co warto wiedzieć na wypadek wpadki |
| Wojciech Warecki Marek Warecki |
| środa, 04 kwietnia 2007 01:00 |
|
Strona 1 z 2 Prawda nie leży po środku. Prawda leży tam gdzie leży. Wścibscy dziennikarze (skaranie boskie z nimi) wykryli kolejnego agenta. Jest nim – wedle ich relacji – aktor dramatyczny pan Maciej Damięcki. Z chwilą wyjścia całej sprawy „na wierzch”, rozpoczyna się standardowa procedura, którą wymyślili już dawno temu złodzieje, a jej sedno zawarli w popularnym – jak się okazało w bardzo wielu środowiskach – powiedzeniu: „Jeśli ktoś cię złapie za rękę, powiedz, że nie Twoja” i... już. Metoda także znana jako „pójście w zaparte”. Ale, na szczęście, dziennikarze również idą „w zaparte”. Co zatem dalej się dzieje z TW? Zarówno, jak we wspomnianej na wstępie sprawie p. Macieja Damięckeigo, jak i w większości – nomem omen – bliźniaczych sytuacjach, kiedy to ujawniany jest kolejny TW, można zauważyć podobne elementy, które stosowane są do obrony. A oto główne jej punkty: Zaprzeczenie: wszystko, co wykryto jest absolutną nieprawdą. Następuje oburzenie i strojenie min w zależności od rangi przyszpilonego przez media dowcipnisia. Mija czas jakiś (od kilku godzin do kilku dni), po czym następuje częściowe przyznanie się do winy: „No, może trochę... rzeczywiście... ‘wyszło’ mi z głowy”. Uzasadnienie: Powodem podjęcia współpracy było zazwyczaj nie coś nadzwyczaj dramatycznego, ale zwykle albo pęd na Zachód, albo prawo jazdy, albo inny, równie banalny powód. Podpisanie współpracy nie miało charakteru umowy Mefistofelesa z Faustem, ale raczej rzuceniu ubeckiemu „diabłu” czegoś na odczepnego. Swoją drogą zdumiewa, jacy ci agenci komunistyczni byli leniwi i głupawi, i nieludzko naiwni, że doprawdy, wystarczały im takie byle jakie ochłapy. Do donoszenia na kolegów nie doszło, a działalność agenta była czysto symboliczna i iluzoryczna, a wręcz miała wszelkie cechy sabotażu (małego lub dużego, jak w wypadku Pan Prezydenta Wałęsy, co z uporem wykazuje p. Wyszkowski), a często nawet przypomina wręcz heroiczna postawę Waltera Alfa, znanego szerzej jako TW „Konrad Wallenrod” ( - Nazywam się...Wallenrod... Konrad Wallenrod). Zazwyczaj znajduje się na podorędziu kolega, który nieoczekiwanie (często i sam dla siebie) zostaje ekspertem od akt IPN-u i pisze lub oświadcza: „Ręce precz od tego szlachetnego człowieka! On jest fajny i go lubię!”. (Tak na marginesie: rekrutującym panom z UB czy SB szczególnie przecież zależało, aby pozyskani TW, byli „fajni” i „lubiani” w swoich środowiskach, bo jakiż mieliby pożytek z gburowatych odludków z napisem na czole „Jestem UB-ekiem”?) Ciekawe, że taka właśnie postawa łączy p. D. Olbrychskiego z o. Dyrektorem, czy z o. T. Rydzykiem, bo ten pierwszy w przypadku TW „Bliźniaka”, drugi TW „Hejnała” (vel „Dominika”) oraz TW „Szarego”, wołają w zgodnym chórze, nie odnosząc się go tego, co stoi napisane w odnalezionych aktach: „Nieprawdą jest jakoby…”. Pragniemy ogłosić krótki konkurs i zapytać PT. Czytelników, który z ww. panów jest autorem niniejszej kwestii: „Dla mnie to wierutna bzdura/…/. Lista Wildsteina /…/ wyrządziła tyle zła. Władza rzuciła granat w szambo, który opryskał całe społeczeństwo”(1). Prawda, że trudno tak od razu powiedzieć? W kolejnej odsłonie zapada… cisza. Może zapomną? Nie zabierając głosu w sprawie rozstrzygania o prawdzie obiektywnej, dziwić może bardzo, że schemat podobnej metody można odnaleźć we wszystkich wypadkach (poza chyba jedynie księdzem Czajkowskim i związkowcem z jeden huty na Śląsku). Być może zaprzeczenie, jako jeden z mniej dojrzałych mechanizmów obrony ego, jest „temu winne”, a być może jest to zwyczajna manipulacja (jak zresztą zarzucano to powszechnie arc. Wielgusowi). (1) powiedział to Daniel Olbrychski w TVN 24 w piątek 30-03-2007 |














